📌 Ukraina ⚔️ Rosja Tylko dla osób pełnoletnich - ostatnia aktualizacja: Wczoraj 21:49
Maj 2014
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
Czerwiec 2014
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30
Lipiec 2014
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

Fulcrum Drivers Mig-29

Orlik2014-06-29, 22:04
Bujanie w obłokach MiGiem 29-tym z 22 bazy lotnictwa taktycznego w Malborku. Fulcrum rulez!



Muzyka: The Glitch Mob - We Can Make The World Stop

Wybuch opony

~CrazyEdek2014-06-29, 17:44
Jak szybko zdjąć spodnie?

Jaś i Małgosia

PIEEETREK2014-06-29, 10:11
Idzie sobie Jaś i Małgosia przez wieś i zauważają starszą kobietę siedzącą na przed domem. Babka siedzi rozkraczona, bez gaci i w spódnicy.

Małgosia do Jasia - Jasiu! Zobacz! Ta pani usiadła na kocie.
A Jasiu na to - No! No! I skurczybyk jeszcze jęzor wywalił!
Mężczyzna, który kilka dni temu oblał w Głogowie bezdomnego benzyną i go podpalił, odpowie za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Zdaniem prokuratury sprawcą tragedii jest 28-letni Sławomir R., który dopiero co wyszedł z więzienia. Teraz – za kratkami może spędzić resztę swojego życia.

Do tragedii doszło 21 czerwca w bunkrze przy ul. Piastowskiej w Głogowie. Jak wynika z ustaleń śledczych to właśnie tego dnia Sławomir R., który dzień wcześniej wyszedł z więzienia, od rana pił z kolegami alkohol. - W pewnym momencie postanowił odwiedzić mieszkającego w bunkrze znajomego o imieniu Rysiek, u którego jeszcze przed osadzeniem w zakładzie karnym zostawił piłę i zegarek. Razem z nim poszli też inni bezdomni: 32-letni Łukasz B., 46-letni Janusz M. oraz 36-letni Konrad P. – relacjonuje Liliana Łukasiewicz z Prokuratury Okręgowej w Legnicy.

Gdy mężczyźni pojawili się w bunkrze, okazało się, że 68-letni Rysiek nie ma już rzeczy należących do Sławomira R. To rozwścieczyło mężczyznę, który zaczął bić bezdomnego kulami. - Po chwili chwycił kanister z benzyną, oblał nią pokrzywdzonego, przedmioty i podłogę przy wejściu, a wychodząc wszystko podpalił. Pomieszczenie natychmiast zaczęło płonąć. Dodatkowo eksplodował pozostawiony w środku kanister – dodaje Liliana Łukasiewicz.

Mieszkaniec bunkra , pozostali mężczyźni uciekli. Żaden z nich nie udzielił pokrzywdzonemu pomocy i nie wezwał na miejsce straży, policji, czy pogotowia ratunkowego.

Sławomir R. usłyszał już zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Mężczyzna przyznał się do winy, zaprzeczył jednak, aby oblał 68-latka benzyną. Prokuratorom tłumaczył, że nie myślał co się stanie z Ryszardem, gdy podpali bunkier. Decyzją sądu najbliższe trzy miesiące 28-latek spędzi w areszcie. Grozi mu od 12 lat więzienia do dożywocia.

Trzem mężczyznom, którzy towarzyszyli Sławomirowi R. – prokuratura postawiła zarzut nieudzielenia pomocy. - Wszyscy przyznali się do winy i złożyli w tej sprawie wyjaśnienia. Grozi im do trzech lat pozbawienia wolności.

Dla takich to tylko

Zajebawszy z onet-u i lokalnej gazetki

Zdjęć brak

Zapadlisko

konto usunięte2014-06-29, 5:00
biedny człowiek stracił dom
Według opisu z 4chan.org jedna z tych lasek została zdradzona i w ten oto głupi sposób mszczą się na chłopaku plując, smarkając i wsypując łoniaki do jego chipsów (bo na pewno nie zorientuje się, że chrupaski są dziwnie lepkie). Nie wrzucałbym to na sadola, gdyby nie to, że w pewnych momentach widać jak golą sobie bobra do "przyprawy" oraz wycierają sobie chipsy o kałdziurę (ok. 6:00). Na harda raczej się nie nadaje.



Swoją drogą nie wiem jaką trzeba być idiotką, żeby coś takiego nagrywać i wrzucać na Youtube
Witam wszystkich
Ponieważ ostatnimi czasy takie zainteresowanie wzbudzają u was treści historyczne, chciałem się podzielić artykułem, który znalazłem przypadkowo. Jak się spodoba, to okey, a jak nie to c🤬j murzyński wam w dupę, a temat na śmietnik
Link do artykułu
historia.focus.pl/wojny/bron-chemiczna-smierc-nie-zawsze-jest-taka-sama-1479
Poniżej wklejam całą treść, na wypadek gdyby artykuł zniknął z serwerów.
Miłej lektury!

Cytat:



Najpierw był chlor, potem gaz musztardowy. Zaatakowanym bronią chemiczną żołnierzom było wszystko jedno, od czego giną. Pragnęli tylko jednego – umrzeć jak najprędzej.

Umierała w mękach. Każdy oddech sprawiał rozdzierający ból. Wokół rozkwitała wiosna, ale słońce nie ogrzało jeszcze ziemi. Było coraz zimniej. Serce trzepotało rozpaczliwie, sprawiając, że życie uchodziło z niej coraz szybciej. Usłyszała przeraźliwy krzyk, poczuła szarpanie. Było coraz ciężej żyć. Śmierć przyszła po dwóch godzinach.

Clara Haber była doktorem chemii. Obserwowała karierę swojego męża Fritza i coraz bardziej niepokoiło ją to, że wprzęga naukę do służby na rzecz przemysłu. Gdy wybuchła I wojna światowa, Fritz spontanicznie zaangażował się w działania dla armii niemieckiej. „Niemcy mają prawo do zemsty za wszelkie krzywdy i upokorzenia” - mówił. Zgłosił się do Ministerstwa Wojny i zadeklarował chęć opracowania nowej broni, która przechyliłaby szalę zwycięstwa na rzecz Niemiec w wojnie pozycyjnej. Urzędnicy początkowo nie byli entuzjastycznie nastawieni do tych prac. Poszukiwania naukowców wydawały się zbyt kosztowne w stosunku do oczekiwanych efektów. Ale żona Fritza, utalentowana chemiczka, doskonale wiedziała, czego może się spodziewać. W laboratorium męża obserwowała śmierć zagazowywanych zwierząt doświadczalnych, która za każdym razem przytłaczała ją horrorem objawów towarzyszących zgonowi.

Haber nie ustawał w dążeniach i je- sienią 1914 roku zaprezentował wojskowym pokaz działania swojego wynalazku na poligonie pod Kolonią. „Sehr gut, Herr Profesor” - usłyszał od widzów. Został awansowany do stopnia oficerskiego i objął kierownictwo wydziału chemicznego Ministerstwa Wojny. Pierwszymi ofiarami byli dwaj asystenci Habera, którzy zginęli w laboratorium. „Zaklinam cię, przestań!” - krzyczała Clara. Ale gaz był już gotów, a profesor Haber nie zamierzał wstrzymywać działań.

180 TON CHLORU POD YPRES

Pierwsza bitwa pod Ypres, największa bitwa 1914 roku, została nazwana przez Niemców Kindermord - rzezią niewiniątek. Miesiąc walki pozycyjnej przyniósł 108 tysięcy ofiar śmiertelnych po stronie Wielkiej Brytanii, Francji i Belgii oraz 130 tysięcy zabitych po stronie Niemiec. Dowództwo niemieckie stanęło na stanowisku, że trzeba poszukać nowej broni, która ograniczy straty własne i pozwoli na szybsze i bardziej spektakularne wygrywanie przyszłych bitew. Okazało się, że taka broń jest już gotowa, przeszła testy i jedyne, co jest potrzebne - to sprzyjający wiatr. Dosłownie, nie w przenośni.

22 kwietnia 1915 r. pod Ypres był pięknym dniem. Przed południem Niemcy zorganizowali niechlujny ostrzał artyleryjski, potem ucichli. Ciepło. I taki nieduży, miły wiaterek.

Po niemieckiej stronie frontu cisza. W okolicach, gdzie zajął pozycje 35. gazowy pułk inżynieryjny, plącze się kilka osób - co rusz podnoszą poślinione palce, machają małymi chorągiewkami i spoglądają w niebo. Wydawało się, że tego dnia wojna nie przyniesie wielu ofiar. Francuska brygada wojsk kolonialnych wreszcie odpoczywa, żołnierze śmieją się, opowiadają sobie o planach na przyszłość, jeden z Algierczyków czyta na głos list z domu. Urodził mu się syn i w każdym liście żona opisuje coś nowego.

Nic się nie dzieje, nikt nie strzela, śmierć nie zbiera codziennego żniwa. Haber dochodzi wtedy do wniosku, że wiatr już się nie zmieni, i daje sygnał wojskowym. Pod pierwszą linię frontu docierają żołnierze gazowego pułku inżynieryjnego. Z miejsca, w którym się znajdują, słychać rozmowy Francuzów. Wciąż nikt nie strzela, nie było rozkazu.

Technika, którą się posłużono, nawet wtedy uznawana była za prymitywną. Kto to widział, by po prostu wkopać w ziemię jakieś butle, a potem, odkręciwszy je, czekać na efekt, zdając się na kierunek i siłę wiatru? Ale niemieccy żołnierze nie dyskutowali z otrzymanymi rozkazami - założyli maski i odkręcili butle.

Butle rozmieszczono w terenie na długości około 6 km. Znajdowało się w nich około 180 ton chloru.

Chlor jest cięższy od powietrza, świetnie nadaje się do rażenia wroga tkwiącego w okopach. Skrapla się go pod ciśnieniem; w momencie otwarcia pojemnika, w którym się znajduje, gw🤬townie wytryskuje, przechodząc prawie natychmiast w gaz. W zagłębieniach, do których spłynie, może utrzymywać się nawet do 3 godzin.

Sprzyjający wiatr podniósł chmurę oparów i skierował ją na okopy Francuzów. Żołnierze zobaczyli smugi białawego dymu, płynącego od niemieckiej strony. Przeważała ciekawość - dziwna mgła zasłaniała linie wroga i przez chwilę nikt nie obawiał się ostrzału. Mieniła się teraz dziwnymi kolorami, z wierzchu żółtawa, jakby pochłaniała słońce, od spodu zielonkawobrunatna. Nawet ładna. „Koledzy, widzieliście?" - Algierczyk, któremu urodził się syn, złożył starannie list i wyjrzał na chwilę z okopu.

Nadlatujące opary miały dziwny zapach, mdławy, słodkawo-cierpki. Ktoś nieostrożnie zaczerpnął głębszy oddech. I wtedy się zaczęło.

Najpierw krzyki, potem próby ucieczki, byle dalej, przed siebie, porzucić broń, schować się w zaułkach okopów. Potem krzyki ucichły, pojawiła się tylko koszmarna melodia rzężeń, kaszlu i rozpaczliwych wymiotów. Tysiące żołnierzy niemalże w jednym momencie padło w konwulsjach, próbując złapać choć łyk powietrza. Najszybciej umierali ci, którzy upadli na dno okopu. Prężyli się w próbach ucieczki przed śmiercią. Twarz Algierczyka, którego syn miał zaledwie kilka miesięcy, nie przypominała już ludzkiego oblicza. Sczerniała jak zwęglona, na poparzonych wargach bulgotała krew. Innym krew ciekła z nosów, z uszu. Z oczu lały się toksyczne łzy. Może ktoś się modlił o szybszą śmierć, od szrapnela, od kuli, bagnetu. Lepiej byłoby dać się zatłuc kolbami, umrzeć, trzęsąc się w gorączce gangreny, próbować włożyć w brzuch wypływające zeń trzewia, niż dożyć do takiej śmierci.

Koszmar spotkał też nadbiegających z pomocą. Gaz spływał do okopów, otulał wciąż żywych i tych już martwych.

Wokół miejsca ataku wybuchła straszliwa panika, żołnierze nawet w bardziej odległych miejscach frontu z rozpaczliwym krzykiem rwali się do ucieczki na oślep, na śmierć.

CLARA UMIERA JAK ŻOŁNIERZ

Nie wiadomo, dlaczego Niemcy nie wykorzystali do końca swojego sukcesu militarnego, dlaczego nie ruszyli do ataku. To debiut, pierwszy tak udany atak chemiczny, jego skutki były trudne do oszacowania. Profesor Fritz Haber uważnie obserwował zaatakowane tereny, sporządzając niezbędne, szczegółowe notatki. Wrócił do sztabu, przy najbliższej okazji udzielił obszernych wyjaśnień dziennikarzom. Zanim dotarł do domu, w niemieckiej prasie ukazały się artykuły pełne zachwytów nad geniuszem naukowca, który swoje umiejętności ofiarował ojczyźnie. Pojawiły się komentarze, że gaz profesora Habera jest bardziej humanitarny niż miny czy pociski artyleryjskie. „Pański wspaniały sukces nie zostanie nigdy zapomniany" - napisał w liście do chemika minister wojny. Rozentuzjazmowany Haber ze sloganami o miłości do ojczyzny na ustach pojawia się w domu.

Clara Haber ma już 45 lat i niemalże od 13 lat jest przykładną panią domu. Publicznie pokazuje się tylko na spotkaniach podobnych jej kobiet; jedyne wykłady, jakie wygłasza, dotyczą zastosowania chemii w gospodarstwie domowym. Mąż nie potrzebuje już jej pracy naukowej, a kiedy Clara próbuje rozmów merytorycznych, jest odsyłana na należne żonie wielkiego naukowca miejsce - w cień. Opieka nad trzynastoletnim synem Hermannem wypełnia cały jej czas. „Zawsze uważałam, że ludzkie życie jest tylko wtedy coś warte, gdy człowiek może w pełni wykorzystać wszystkie swoje zdolności i doświadczyć wszystkiego, co los mu ofiarowuje" - pisze gorzko Clara w liście do przyjaciółki.

Widzi męża otoczonego chwałą, awansowanego do stopnia kapitana, przyjmującego gratulacje ze wszystkich stron, i doskonale wie, za co jest tak chwalony i poważany. Nauka, którą ona kocha, w jej oczach została przez niego sprostytuowana, wykorzystana do masowego zabijania. Clara doskonale wie, jak umierali Francuzi pod Ypres. Nie widziała tych straszliwych obrazów, ale wie.

Po raz kolejny prosi męża, by zaprzestał swoich badań. Określenie „prosi" wydaje się stanowczo za słabe. 2 maja 1915 roku, po przyjęciu na cześć Fritza, Clara pokazuje siłę swojego charakteru, który kazał jej kiedyś walczyć o studia, o karierę naukową, o tytuł doktorski. Mówi: „zabiję się, jeśli nie przestaniesz". Fritz obojętnie zostawia ją, rzucając przez ramię frazes o zdradzie ojczyzny. Wychodzi. Musi pracować.

A Clara chce, żeby jej życie było wreszcie coś warte. Wykrada mężowi pistolet. Idzie do ogrodu i tam strzela sobie w serce.

Strzał nie jest śmiertelny. Kula rozrywa klatkę piersiową, narusza serce, ale go nie zatrzymuje, masakruje płuco. Odłamki kości i skrzepy krwi bulgoczą w kruchym ciele. Serce trzepocze rozpaczliwie; powietrze, które pani doktor wciąga do płuc, jest boleśnie zimne, sprawia ból. Clara próbuje się czołgać, ale starcza jej sił jedynie na to, żeby drzeć paznokciami ziemię. Usta sinieją, z oczu lecą łzy, z ust płynie czarna krew. Widzi coraz gorzej i nie wie, czy to zapadający zmierzch, czy ciemnieje jej przed oczami. Chce umrzeć, umrzeć jak najszybciej, ale wtedy słyszy krzyk i zdaje sobie sprawę, że widzi ją jej ukochany syn Hermann, jedyne dziecko, jedyne światło i sens jej zmarnowanego życia. Czuje szarpanie i coraz większy ból. Próbuje coś powiedzieć Hermannowi, ale tylko pluje skrzepami. Hermann płacze. Długie dwie godziny umierania jak żołnierz pod Ypres. Fritz nie uczestniczy w jej pogrzebie. Na wojnie muszą być ofiary.

INSPEKCJA POLA BITWY

Jeden sukces musi zrodzić następny, inaczej straci sens. Armia niemiecka przygotowywała się do powtórnego użycia nowej broni, tym razem na froncie wschodnim. Należało skruszyć siły i morale przeciwników. Haber był tytanem pracy. Krótki okres pomiędzy śmiercią żony a kolejnym eksperymentem z bronią chemiczną spędził na żmudnych badaniach naukowych. Nową broń należało rozwijać i doskonalić.

Kolejny test nowej broni został wyznaczony na koniec maja. Wybrano miejsce - Bolimów, niedaleko Skierniewic. To właśnie tam przebiegała linia frontu, ciągnącego się wzdłuż Rawki i Bzury. Niemieccy żołnierze z tamtego rejonu mieli już pewne doświadczenie w stosowaniu innowacyjnej broni. Jeszcze w styczniu 1915 roku przeciwko siłom carskim użyto substancji zbliżonej w działaniu do gazu łzawiącego - bromku ksylilu. Wtedy atak nie powiódł się na skutek zbyt niskiej temperatury, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby spróbować ponownie, tym razem z użyciem nowego środka, chloru.

Rozmach operacji, którą nadzorował profesor Haber, budził podziw i szacunek w Ministerstwie Wojny. Trudne zadanie logistyczne przewidywało przetransportowanie na linię frontu aż 12 tysięcy ciężkich, stalowych 40-litrowych butli z chlorem. Ostrożne rozmieszczenie ich przed linią rosyjskich okopów wymagało od oddanych niemieckich patriotów niezwykle ciężkiej pracy, z narażeniem życia i zdrowia. Żołnierze pułku gazowego zostali wyposażeni w górnicze aparaty tlenowe, a niemieckie wojska znajdujące się w pobliżu w specjalne tampony, blokujące możliwość przypadkowego wdechu trujących oparów.

W ten sposób na froncie wschodnim, na jednym tylko odcinku koło Bolimowa, znalazły się 264 tony chloru. Pierwsza część operacji była niezwykle trudna i choć została szczęśliwie zrealizowana, strona niemiecka wciąż nie mogła mieć pewności pełnego sukcesu. Haber z uwagą monitorował pogodę. Wiosenne ciepło i stały do tej pory wiatr mogły w każdej chwili ulec zmianie. Wreszcie w nocy z 30 na 31 maja 1915 roku na rozkaz dowódcy 9. Armii odkręcono zawory butli z chlorem.

100 ton chloru więcej niż pod Ypres zagwarantowało wspaniały sukces. Z butli uniosła się aż sześciometrowa fala oparów i przemieściła się na pozycje wroga. Z rosyjskich okopów dochodził ten sam dźwięk, co miesiąc wcześniej pod Ypres - krzyki, jęki, rzężenia - a potem cisza. Mając pewność, że gaz opadł, profesor Fritz Haber osobiście udał się na inspekcję pola walki.

Nie schylał się nad umierającymi wrogami, wiedział bowiem, że trujący gaz kłębi się przy ziemi i mimo posiadanego zabezpieczenia może mu zaszkodzić. Szedł więc wyprostowany, rozglądając się czujnie i sprawdzając skuteczność broni. Jako asystenta przydzielono mu młodego lejtnanta Maxa 22 I Wilda, agenta służb specjalnych. Nowy sposób walki zdał egzamin. „Dziś, kiedy mamy cały świat przeciwko sobie, musimy odrzucić skrupuły moralne" - rzekł zadowolony z efektów chemik.

Max Wild, zawodowy żołnierz, widział już trupy, widział śmiertelnie rannych, zmasakrowanych i okaleczonych, widział ludzi umierających na skutek zakażeń. Znał smród gnijących bandaży, krew i ropę, a jako agent służb specjalnych widział wszelkie okrucieństwa wojny. Ale to, co zobaczył pod Bolimowem, wstrząsnęło nim tak bardzo, że zaczął profesorowi zadawać pytania o bestialstwo, moralność i człowieczeństwo. „Czy to jeszcze jest wojna?" - pytał.

Szedł z piechotą, która miała wzmocnić pierwszy atak, ale podczas ich marszu nie padł ani jeden strzał. Rosyjscy żołnierze leżeli w konwulsjach. Niektórzy próbowali pełzać, drąc paznokciami ziemię, inni na czworakach parli naprzód, w zwierzęcej chęci ucieczki od złej śmierci. Otwierali i zamykali niebieskie usta, wystawiali sine języki, próbowali pluć, wymiotować. Co rusz ktoś trząsł się w suchym odruchu wymiotnym. Ktoś próbował zedrzeć z siebie mundur, mając płonną nadzieję, że dzięki temu nabierze wreszcie powietrza. „O, proszę zwrócić uwagę, że ma już niebieskie gałki - mówił z zainteresowaniem profesor - nic to, już po nim, idziemy dalej".

Niemcy szli w milczeniu, z opuszczonymi karabinami. Ktoś schylił się i podniósł zsiniałą bezwładną postać. Po chwili kolejni żołnierze zaczęli podejmować z ziemi ni to żywych, ni to zwłoki. W ciągu kilku godzin na dziedzińcach szkół w pobliskich miejscowościach poukładano setki żołnierzy potrutych gazami. Nieliczni lekarze z siostrami Czerwonego Krzyża krążyli bezradnie. Zabrakło wyszkolonego personelu, aby ratować zagazowanych. Rosjanie i Polacy, żołnierze armii carskiej, umierali wreszcie po godzinach męczarni, spokojnie, cicho, bez buntu, całymi dziesiątkami.

Wobec ewidentnego sukcesu i obezwładnienia jednym atakiem około 11 tysięcy wrogów, dowództwo armii niemieckiej zdecydowało się w dalszym ciągu korzystać z nowej broni chemicznej. Nad Bzurą i Rawką powtórzono ataki jeszcze trzykrotnie: 12, 17 czerwca i 6 lipca 1915 roku.

Sukces pomniejszyły nieoczekiwane straty własne. Nie dość dokładna obserwacja pogody sprawiła, że rozpoczęto emisję gazów w momencie, gdy zmieniał się wiatr - ponad 1200 żołnierzy niemieckich padło ofiarą gazu. Dowództwo niemieckie stanęło wówczas na stanowisku, że ryzyko potencjalnych strat własnych jest za duże, by ponownie użyć niepewnego preparatu.

NOWA SUBSTANCJA

Po pierwszym zastosowaniu chloru w bitwie pod Ypres generał Berthold von Deimling pisał, że zarówno przed, jak i po ataku targały nim sprzeczne emocje. Z jednej strony sama myśl, by przebywających w sąsiednich okopach żołnierzy po prostu wytruć jak szczury, była wstrętna dla zawodowego żołnierza, gotowego na otwarty bój na śmierć i życie. Z drugiej jednak strony wahał się - wojna pozycyjna, w jaką od samego początku wpakowały się jego wojska, nie była niczym dobrym. Ofiar wśród własnych sił przybywało, żołnierze umierali nie tylko w wyniku ataków, ginęli też powoli i boleśnie z powodu zakażeń, z braku antybiotyków, podstawowej aseptyki. Morale spadało niepokojąco, a ci, którzy jeszcze w coś wierzyli, modlili się o zwycięstwo lub śmierć. Może więc szybki atak chemiczny uratowałby sytuację, pozwolił na decydujące zwycięstwo?

Jego tok myślenia był bliski wielu oficerom z niemieckiego dowództwa. Nawet ci, którzy poznali koszmar ataków oparami chloru, nawet ci, którzy widzieli śmiertelne konsekwencje pomyłki zastosowania tej broni, mieli nadzieję, że nowocześniejszy, lepszy środek da wreszcie przewagę w boju. Rzecz w tym, że alianci uczyli się na błędach - wkrótce na wyposażeniu ich wojsk znalazły się maski gazowe. To znacznie redukowało efektywność ataku chemicznego. Rozwiązanie stanowiłaby substancja, która atakowałaby nie tylko drogi oddechowe oraz byłaby łatwiejsza do kontrolowania niż chlor.

Frederick Guthrie był skromnym fizykiem i popularyzatorem nauki. W roku 1860 przypadkowo odkrył działanie związku etylenu z chlorkiem sulfurylu. Mieszając substancje niechcący polał odrobiną swoją dłoń. Bezbarwna, oleista ciecz o dziwnym, jakby kulinarnym zapachu wsiąkła w skórę naukowca z wielką łatwością. Po chwili w tym miejscu powstał czerwony piekący pęcherz. Bardzo bolesny. Fizyk opisał zjawisko starannie, po czym przeszedł do innych prac.

Chmura dotarła do pierwszych stanowisk i wtedy... Ludzie zaczęli uciekać przez pola bez zmysłów, na oślep. Wyprzedzając morderczą chmurę

O jego przypadkowym odkryciu przypomniano sobie, poszukując innowacji w broni chemicznej. Związek, co sprawdzono w laboratorium, okazał się środkiem bardzo agresywnym, drażniącym poważnie drogi oddechowe oraz płuca, ale również - i to okazało się bardzo istotne - wywołującym oparzenia skóry. Można było zatem liczyć na to, że wróg, nawet gdy zastosuje maski, zostanie wyeliminowany z pola walki. Jak stwierdzono - na skutek hydrolizy iperytu siarkowego powstaje reaktywny cykliczny jon sulfoniowy - a zatem na działanie nowego środka najbardziej narażone będą wilgotne powierzchnie ciała nieprzyjaciela jak odkryta skóra i oczy. Jon łączy się z DNA wroga i powoduje śmierć komórek lub mutacje prowadzące do późniejszej śmierci. Gaz musztardowy jest świetnie rozpuszczalny w tłuszczach, z łatwością przenika nawet przez suchą skórę. Zawodowych wojskowych znacznie lepiej niż wyniki doświadczeń laboratoryjnych przekonują doświadczenia w boju. Na taki test zdecydowano się dwa lata po atakach nad Rawką. Tym razem poligonem prób stało się znów Ypres. Potrzebne było zwycięstwo!

Nową broń chemiczną wypróbowano 12 lipca 1917 roku. Gaz nie był już losowo rozpylany - użyto granatów odłamkowo-chemicznych, zawierających nową substancję oraz niewielki ładunek wybuchowy dla rozerwania skorupy i rozproszenia trucizny. Prawdziwie nowoczesna broń, łatwa w zastosowaniu i działająca wielotorowo. Sukcesu na taką skalę nie spodziewał się nikt, z wyjątkiem nadzorujących atak chemików.

Żołnierze francuscy, widząc rozprzestrzeniającą się w wyniku ostrzału szarozieloną chmurę, która stopniowo zabarwiała się na żółto, pośpiesznie nakładali maski gazowe. Myśleli, że będą bezpieczni, choć niektórzy z nich, mając w pamięci koszmar ataku falowego sprzed 2 lat, zdjęci strachem cofali się nerwowo. Chmura dotarła do pierwszych stanowisk i wtedy... ludzie zaczęli uciekać przez pola bez zmysłów, na oślep. Wyprzedzający morderczą chmurę, niosącą za sobą dziwny zapach piknikowego jedzenia, mieli w oczach przerażenie. Za nimi szła śmierć, niszcząc wszystko, do czego się kleiła. Spalona ziemia, martwe rośliny, leżące w oddali drgające ciała. Oślepli żołnierze, twarze sino zabarwione, wyciągnięte w rozpaczliwym geście wołania o pomoc dłonie. Za nimi w wypełnionych gazem okopach zostały setki martwych i konających towarzyszy broni. Straszliwe obrażenia tych, którzy stali w pierwszej linii podczas ataku, nigdy wcześniej nie były obserwowane podczas żadnej bitwy. Skóra ofiar zmieniła kolor, była bladosinoniebieska, a ciała pokrywały się ogromnymi pęcherzami pełnymi żółtawego płynu. Pęcherze pękały, a skóra odchodziła płatami, bezwstydnie obnażając kolejne warstwy skóry, głęboko, aż do mięśni. Oczy tych żołnierzy, na których zadziałała płynna, a nie tylko gazowa forma substancji, były wypalone. Pole bitwy zapełniały odczłowieczone, nagie worki z kośćmi. Potem chmura gazu opadła i rozeszła się pod wpływem wiatru i wydawało się, że już jest po ataku.

Ale nie było. Niemieccy eksperci ustalili, że konsekwencje użycia nowego gazu będą inne niż w przypadku użycia chloru. Po pierwsze - kompleksowe działanie na cały organizm nieprzyjaciela. Po drugie opóźnione efekty, co oznaczało, że nawet ci, którzy mieli kontakt z trującym gazem bojowym o mniejszym stężeniu, będą po pewnym czasie ostatecznie usunięci z pola walki. Gaz miał więc szczególnie korzystne - z bojowego punktu widzenia - właściwości.

Ci, którzy wyszli z ataku cało, pomagali transportować poparzonych i oślepionych towarzyszy poza strefę rażenia. Docierali do lazaretów, a potem wracali na swoje stanowiska, ostrożnie wciągając w nozdrza powietrze, by wyczuć, czy znów nie nadpływa nieznośnie musztardowy zapach. Chwytali za broń i byli gotowi do walki.

Na skutki porażenia nową bronią trzeba było poczekać nawet i kilka godzin. Okazało się, że było warto. Postępujące oparzenia, utrata wzroku, trwałe uszkodzenia płuc z niedającą się usunąć dusznością... Skażeni byli nawet ci, którzy tylko przeszli przez teren ataku. Skażeniu uległy przedmioty osobiste bezpośrednich ofiar ataku, a zatem prędzej czy później z pola walki pozbywano się nawet tych żołnierzy, którzy chociażby trzymali pamiątki po swoich zmarłych towarzyszach. Pierwsze objawy zaobserwowano u Szkotów, których mundury zawierały element tradycyjnego stroju. Obnażone pod kiltem nogi zaczęły po kilku godzinach od ataku pokrywać się powiększającymi się pęcherzami, które wypełniała żółta maź...

Liczne dane wykazują, że tylko w dniu ataku zmarło aż 20 tysięcy żołnierzy alianckich - Francuzów, Anglików i Szkotów. Badania przeprowadzane jeszcze wiele lat po tym wydarzeniu sugerują, że liczba ofiar była o wiele większa. Iperyt - jak nazwano gaz musztardowy - wywołał opisane wcześniej przez naukowców mutacje komórkowe, czyli spowodował znaczące obniżenie odporności i liczne nowotwory u porażonych.

Broni chemicznej nie używali wyłącznie Niemcy, choć oni posługiwali się nią najczęściej - podczas I wojny użyli około 56 tysięcy ton gazów. Palmę pierwszeństwa wśród państw alianckich dzierżyli Francuzi - 26 tysięcy ton. Brytyjczycy użyli 14 tysięcy ton. Według różnych statystyk ofiarami nowych środków bojowych padło ogółem nawet milion trzysta tysięcy żołnierzy i dość trudna do określenia liczba cywilów. Pod koniec wojny co czwarty niemiecki pocisk artyleryjski wystrzelony na stanowiska wroga niósł gaz musztardowy. Tylko w wyniku stosowania iperytu zmarło w trakcie ataków lub tuż po nich około 150 tysięcy żołnierzy brytyjskich, przy czym liczby te są z pewnością zaniżone, bo dotyczą jedynie zatrutych gazem przyjętych do lazaretów i szpitali. Śmierć pokazała zupełnie nowe oblicze.



Gratuluję tym, którzy wytrwali do końca, myślę że było warto
Widzę, że pierwszy temat o broni chemicznej się jako tako spodobał, nawet tam jakieś piwka uzbierał, podrzucam link do drugiego tematu o podobnej tematyce.
Jak dla mnie artykuł nie jest już tak interesujący, jak ten o broni chemicznej w I Wojnie Światowej, ale może kogoś zainteresuje.
Poniżej link i treść samego artykułu
historia.focus.pl/wojny/bron-chemiczna-granica-ktorej-hitler-nie-przek...

Cytat:



Trzecia Rzesza dysponowała potężnym arsenałem broni chemicznej: tabunu i sarinu. Dlaczego Hitler nigdy jej nie użył?

Z każdym mijającym kwadransem ból narastał, a około siódmej rano, gdy dostarczałem ostatni mój meldunek tej wojny, zaczęły mnie piec oczy. Po kilku godzinach moje oczy były niczym rozżarzone węgle i otoczyła mnie ciemność - tak Adolf Hitler wspominał w „Mein Kampf" chwilę, gdy został porażony w 1918 r. gazem musztardowym. Może to z powodu tych przeżyć po latach nie zdecydował o użyciu gazów bojowych przez III Rzeszę?

Na pewno pamiętał z I wojny, że po zastosowaniu nowych bojowych środków chemicznych przez jedną stronę konfliktu w krótkim czasie strona przeciwna odpowiadała podobną bronią. Jednak wielu frontowych kolegów Hitlera z czasów I wojny światowej zaprzeczyło, by uczestniczył aktywnie w walkach. Część z nich uważała go nawet za „wojskowego tchórza", który rzadko pojawiał się w okopach. Hitlerem mogło więc kierować coś zupełnie innego niż frontowe przeżycia.

To istotna kwestia, bo w końcowym okresie II wojny światowej wódz III Rzeszy dysponował wystarczającą ilością broni chemicznej, aby wydłużyć czas trwania konfliktu lub nawet przechylić szalę losów wojny na korzyść państw Osi. Ocenia się, że niemieckie zapasy tabunu wynosiły wtedy blisko 12 tys. ton, a sarinu - od 60 do 400 ton. Mogły zabić tysiące ludzi...

PIERWSZA SYNTEZA

Rozwinięty przemysł chemiczny był siłą napędową gospodarki nazistowskich Niemiec. Jednak, jak na ironię, rozpoczęcie produkcji tabunu i sarinu wynikało z przypadkowej syntezy związku, który uchodził za substancję szkodliwą wyłącznie dla insektów. Ówczesne środki insektobójcze produkowano m.in. z otrzymywanych z roślin tropikalnych rotenonu oraz nikotyny. Były to substancje stosunkowo drogie i wymagały importu z zagranicy, stąd Niemcy poszukiwali tanich syntetycznych odpowiedników.

Szerokie badania w tej dziedzinie rozpoczął w 1934 r. pracujący w zakładach IG Farben w Leverkusen chemik Gerhard Schrader. Jego szef Otto Bayer próbował rozwinąć oddział firmy nazwanej od swego nazwiska Bayer, zajmujący się opracowywaniem substancji zabijających insekty. Po długich miesiącach nieudanych eksperymentów 23 grudnia 1936 r. Schrader otrzymał po raz pierwszy związek chemiczny znany później jako tabun. W ciągu minuty zarówno on, jak i jego asystent, zaobserwowali u siebie niepokojące objawy: zwężenie źrenic, zawroty głowy oraz gw🤬towne spłycenie oddechu. Dopiero po trzech tygodniach objawy ustąpiły całkowicie, a naukowcy na własnej skórze doświadczyli, jak poważne efekty wywołują nawet śladowe ilości tabunu w powietrzu. Właściwą toksyczność otrzymanych gazów bojowych sprawdzano na zwierzętach w dobrze wyposażonych laboratoriach badawczych.

Według niemieckiego prawa takie wynalazki należało zgłosić odpowiednim władzom. Próbki preparatu dostarczono więc do dalszych badań, a ich wyniki przesłano do Urzędu Uzbrojenia Armii („Heereswaffenamt", HWA) w Berlinie. W maju 1937 r. Schrader osobiście zaprezentował otrzymywanie i właściwości tabunu w laboratorium HWA w Spandau, gdzie błyskawicznie dostrzeżono militarne znaczenie prezentowanego związku. Od tej chwili wszelkie projekty związane z substancją o nazwach Präparat 9/91, a później Le100, Gelan, Grunring 3, Stoff 100 lub Trilon 83 zaklasyfikowano jako tajne, a jej istnienie i wysoka toksyczność były ukrywane nawet przed generalicją przynajmniej do 1939 r.

MASOWA PRODUKCJA

W międzyczasie w latach 1937—1938 udoskonalano syntezę tabunu w IG Farben oraz opracowano nowe związki. Jednym z nich był uzyskany 10 grudnia 1938 r. sarin (figurujący pod kryptonimem T144), który okazał się jeszcze bardziej toksyczny niż tabun. Przez długi czas ukrywano go pod oznaczeniem Le 213, Trilon 46 lub Grunring 4.

Jednak dopiero miesiąc po wybuchu II wojny światowej, 1 października 1939r., ekspert od broni chemicznej płk Ochsner na wykładzie dla generałów przedstawił możliwości rozpoczęcia produkcji nowych bojowych środków chemicznych. W trakcie wystąpienia wspomniał o niezwykle skutecznym Stoff 100. Nie ujawnił przy tym, że tabun przenika również przez skórę. Bezpieczeństwo własnych oddziałów miały zapewnić maski chroniące przed fosgenem, używane podczas I wojny światowej.
Na zebraniu w październiku 1939 r. nie podjęto jeszcze decyzji o wielotonażowej produkcji gazów bojowych. Jednak już 15 grudnia 1939 r. Kwatera Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych nakazała IG Farben zbudować zakład do produkcji 1000 ton tabunu miesięcznie.

30 grudnia ustalono, że znajdzie się w Dyhernfurth (obecnie Brzeg Dolny). A w styczniu 1940 r. ruszyła budowa w ramach projektu o nazwie „Hochwerk". Fabryka nie tylko produkowała tabun, dodatkowo w jej podziemiach zaplanowano instalacje do wypełniania gazem amunicji artyleryjskiej i lotniczej, którą później składowano w Krapowicach (Krappitz). Jednak z powodu ciągłych komplikacji na liniach produkcyjnych (nadzwyczajna toksyczność tabunu wymagała aparatury o podwójnych szklanych ściankach, pomiędzy którymi przepływało sprężone powietrze, a od czasu do czasu cała instalacja była oczyszczana za pomocą pary wodnej i amoniaku) masowe wytwarzanie tabunu rozpoczęto dopiero w czerwcu 1942 r.

Rosły plany produkcyjne, liczba zatrudnionych i sprowadzanych do pracy więźniów z obozów koncentracyjnych. Powstawały też kolejne zakłady: na poligonie wojskowym nieopodal Münster i prawdopodobnie w zakładzie pilotażowym HWA w Raubkammer w Dolnej Saksonii. Do stycznia 1945 r. wyprodukowano w sumie 11 976 ton tabunu, z czego armia lądowa otrzymała około 8000 ton a lotnictwo pozostałe 4000 ton.

Znacznie trudniej oszacować, ile wyprodukowano sarinu. Według założeń zakład w Dyhernfurth mógł produkować pomiędzy 40 a 100 ton tego związku miesięcznie.

Kolejny zakład o wydajności 500 ton miesięcznie powstawał pod koniec wojny w Falkenhage w pobliżu Für- stenbergu. Ocenia się, że pod koniec wojny zgromadzono między 60 a 400 ton sarinu.

TAJNA BROŃ POZOSTAŁA

Hitler wiedział o niezwykłej efektywności tabunu i sarinu przynajmniej od końca 1941 r. Urząd Uzbrojenia Armii poinformował go również, że według dostępnych raportów wywiadu przeciwnicy nie pracują nad podobnymi środkami bojowymi, co stawia Niemcy w uprzywilejowanej sytuacji. Jednak nie zdecydował się na użycie tabunu i sarinu w działaniach wojennych. Najczęściej jako przyczynę podaje się przeżycia wojenne Hitlera. Prof. Andrzej Olejko z Instytutu Historii Uniwersytetu Rzeszowskiego uważa, że Hitler cały czas cierpiał na traumę frontową z lat 1914-1918: „Wstąpił jako ochotnik do 6. Bawarskiej Dywizji Rezerwy, w składzie której walczył na Froncie Zachodnim. W 1918 r. był ofiarą ataku gazowego, który go oślepił. To wspomnienie musiało być tak mocne, że nie pozwoliło Adolfowi Hitlerowi na podjęcie decyzji co do użycia gazów jako broni chemicznej, aby uratować upadającą tysiącletnią Rzeszę. Tym bardziej że Führer zafascynowany był pracami zespołu Wernera von Brauna pracującego nad rakietami A-4 (V-2), które miały być ostatnią nadzieją Niemiec. Stąd narodził się mit Wunderwaffe, zaś broń gazowa nie została użyta”.

Według niektórych źródeł innym z powodów był problem z opracowaniem skutecznej maski chroniącej przed nowymi gazami. Oficjalnie nie podejmowano tematu ubioru ochronnego - ukrywano fakt, że część produkowanych specyfików przenika również przez skórę. Ponadto w chwili, kiedy nadzór nad produkcją broni przejęło Ministerstwo Uzbrojenia i Amunicji Rzeszy, wzrosło znaczenie opinii ministra Alberta Spe- era, który miał inne priorytety (np. produkcję syntetycznego paliwa).

Problem stanowiło także wyszkolenie specjalnych oddziałów chemicznych. Ściąganie z linii walk wybranych oddziałów i ich przygotowanie okazało się już niemożliwe. Brakowało na to czasu - sytuacja na froncie stawała się krytyczna. Również Siły Powietrzne III Rzeszy pod koniec wojny straciły możliwość realnego rozpylania gazów nad terenami wroga. Po wojnie Speer stwierdził, że racjonalnie myślący przemysłowcy i wojskowi uważali zastosowanie bojowych środków chemicznych za bezsensowne w obliczu sytuacji, kiedy Amerykanie całkowicie panowali w powietrzu pod koniec wojny. Wszelkie próby spotkałyby się z potężnym odwetem na niemieckich miastach.

ROZMOWY Z HITLEREM

O zastosowaniu tabunu i sarinu kilkakrotnie rozmawiał z Hitlerem dr Otto Ambros z IG Farben (oddział BASF), działający w ramach zespołu „K” - Kampfstoff, zajmującego się intensyfikacją współpracy przemysłu, nauki i wojska.

W trakcie spotkania 15 maja 1943 r. naukowiec bardzo ostrożnie lawirował. Podczas procesów norymberskich zeznawał, że podkreślał możliwość produkcji analogicznych związków przez aliantów, którzy dysponowali praktycznie nieograniczonymi zasobami materiałowymi (stało to w sprzeczności z danymi Urzędu Uzbrojenia Armii, który w swoich raportach słusznie wskazywał na przodującą pozycję Niemiec i całkowity brak prac badawczych w tym zakresie po stronie alianckiej).

Jedynym rezultatem wspomnianego spotkania była decyzja Hitlera o zwiększeniu produkcji tabunu z 1000 do 2000 ton oraz sarinu ze 100 do 500 ton miesięcznie. Programowi nadano również priorytet porównywalny z produkcją czołgów, za którą odpowiadał Speer. 1 marca 1944 r. Ambros na kolejnym spotkaniu z Hitlerem raportował, że założenia produkcyjne tabunu ustalone na spotkaniu z 1943 r. zrealizowano w 70 proc., a 100 proc. powinno być osiągnięte w kolejnym miesiącu. Ale jednocześnie przekonywał Hitlera, że nieprzyjaciele, a zwłaszcza amerykańscy naukowcy, prawdopodobnie zajmują się podobnymi badaniami. I mogą nawet planować ataki odwetowe z zastosowaniem substancji podobnych do tabunu i sarinu! Dlatego - apelował naukowiec - użycie bojowych środków chemicznych powinno nastąpić jedynie w ostateczności.

Hitler najprawdopodobniej właśnie po tej rozmowie odniósł wrażenie, że nieprzyjaciel dysponuje porównywalną bronią chemiczną. W rzeczywistości jednak alianci nadal nie dysponowali ani wiedzą, ani tym bardziej instalacjami produkującymi takie gazy bojowe. Na szczęście w otoczeniu Fuhrera zabrakło naukowca z taką charyzmą jak genialny chemik Fritz Haber, który nie wahał się prowadzić w okresie I wojny światowej badań nad bojowymi środkami chemicznymi i doprowadził do ich użycia na froncie (np. osobiście nadzorował atak gazem pod Ypres).

NIEBEZPIECZNY BAŁTYK

Po 1945 r. zapasy tabunu III Rzeszy zostały zatopione w Morzu Bałtyckim. Większość niezużytej amunicji ze środkami chemicznymi planowano pierwotnie zatopić na Atlantyku na głębokości 4000 m. Jednak w końcu zwycięskie mocarstwa zdecydowały, że chemicznym śmietniskiem zostanie znacznie bliższy (ale o wiele gorzej dobrany ze względu na warunki oceanograficzne) Bałtyk.
Naukowcy szacują, że stopień przerdzewienia ścianek zatopionej amunicji może miejscami dochodzić do 70-80 proc. ich grubości, a szkodliwe substancje mogą wkrótce przedostać się do ekosystemu morskiego.

Dlatego uczeni z coraz większym niepokojem monitorują sytuację. Na szczęście najbardziej niebezpieczne środki, takie jak tabun, w środowisku wodnym bardzo szybko ulegają hydrolizie i stają się nieszkodliwe. Część związków wciąż jednak pozostaje groźna dla mieszkańców Basenu Morza Bałtyckiego. Ta tykająca bomba powinna zostać unieszkodliwiona jak najszybciej.

ATAK I OCHRONA

Badania nad produkcją gazów bojowych i środków ochrony prowadziła jednocześnie ta sama grupa specjalistów z zakresu chemii i medycyny. Kiedy zagadnieniami ochronnymi zajął się Urząd Uzbrojenia Armii, do prac nad nimi skierował chemika noblistę z 1938 r. Richarda Kuhna. Efekt był paradoksalny: wiosną 1944 r. on i jego współpracownicy otrzymali kolejny wyjątkowo toksyczny związek – soman. Badania nad produkcją

Autorzy:

DR HAB. ŁUKASZ CHRZANOWSKI oraz MATEUSZ SYDOW – naukowcy z Instytutu Technologii i Inżynierii Chemicznej, Wydział Technologii Chemicznej Politechniki Poznańskiej;

DR ROMAN MARECIK – naukowiec z Katedry Biotechnologii i Mikrobiologii Żywnosci, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu

Przedstawię wam jeszcze jeden znaleziony przeze mnie w sieci artykuł i już wam daję spokój na dziś
Tym razem tematyka zupełnie inna niż broń chemiczna, do której ostatnio dawałem linki. Tym razem o broni jądrowej i próbach skonstruowania elektrowni atomowej w PRL.
Miłej lektury!

Link do tematu i treść artykułu:
historia.focus.pl/polska/polska-rzeczpospolita-atomowa-1512?strona=1

Cytat:


Pod koniec lat 70. program jądrowy PRL był tak zaawansowany, że skonstruowanie przez Polskę własnej bomby wodorowej wydawało się tylko kwestią czasu. I wtedy w niewyjaśnionych okolicznościach zginął jego twórca.

5 sierpnia 1978 r., prosty odcinek drogi między Bobolicami a Koszalinem. Niebieski Fiat 132 Mirafiori na warszawskich numerach rejestracyjnych skręca nagle w prawo, przejeżdża przez płytki rów, ścina drewniany slup linii telefonicznej, niewielką sosnę i zatrzymuje się na kolejnym drzewie. Z rozbitego auta ratownicy wyciągają 53-letniego kierowcę z ciężkim urazem głowy oraz towarzyszącą mu kobietę. Sześć tygodni później, nie odzyskawszy przytomności, mężczyzna umiera w warszawskim szpitalu wojskowym. To Sylwester Kaliski, generał i profesor, jeden z najwybitniejszych polskich naukowców. Człowiek, który w ciągu zaledwie 6 lat dołączył Polskę do ekskluzywnego klubu państw prowadzących badania nad kontrolowaną fuzją termojądrową. Czy mogło to mieć związek z jego śmiercią?

BYĆ POTĘGĄ

11 lat wcześniej. Zaledwie 42-letni Sylwester Damazy Kaliski zostaje rektorem-komendantem Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Profesorem WAT jest już od 9 lat, generałem - od roku. Jego błyskawiczna kariera nie ma sobie równych. Kaliski to nie tylko wybitny teoretyk w wielu dziedzinach, ale i praktyk o niespożytej energii i nieco awanturniczym charakterze. Kiedy pewnego dnia na uczelni w czasie sesji pojawia się niezapowiedziana kontrola, dzwoni do gen. Jaruzelskiego: „Wojtek, proszę cię, zabierz stąd tych durniów, bo tylko przeszkadzają mi w egzaminach". Kontrolerzy momentalnie znikają.

Kiedy Kaliski trafił na WAT, był absolwentem wydziału budownictwa lądowo-wodnego Politechniki Gdańskiej. Szybko uzupełnił wiedzę o studia z zakresu matematyki i fizyki. Jego nową naukową pasją stały się nowatorskie wówczas eksperymenty z kontrolowaną fuzją (syntezą) termojądrową. Prowadziło je w tym czasie jedynie pięć państw - USA, ZSRR, Francja, Niemcy i Japonia. Do tego klubu Kaliski postanowił dopisać Polskę.

Pod koniec lat 60., w siermiężnym gomułkowskim PRL-u, wydawało się to szaleństwem. Badania nad fuzją termojądrową trwały już od wielu lat, w USA i ZSRR używano do tego niebywale drogich instalacji typu Tokamak i Stellara- tor, jednak do sukcesu, czyli połączenia lekkich jąder atomowych i uwolnienia w ten sposób energii, droga była wciąż daleka. Jeszcze bardziej odległą przyszłością wydawało się przeprowadzenie tzw. eksperymentu krytycznego, w którym ilość energii wyzwolonej w wyniku kontrolowanej fuzji będzie równa energii zużytej do jej przeprowadzenia. Nie przejmując się tym, Kaliski rozpoczął podobne badania, zaczynając od zera.

DOGONILIŚMY AMERYKĘ

Badania nad kontrolowaną syntezą termojądrową oficjalnie miały charakter pokojowy - skutki fuzji niekontrolowanej były w końcu znane od wybuchu i pierwszej amerykańskiej bomby wodorowej na atolu Eniwetok w listopadzie 1952 r. Celem fuzji kontrolowanej było stworzenie źródła taniej czystej i praktycznie niewyczerpanej energii. Kaliski prowadził więc swoje badania w sposób całkowicie jawny, publikując ich wyniki nie tylko w specjalistycznych czasopismach w kraju i za granicą, ale także w książkach własnego autorstwa. Pierwsze teoretyczne publikacje na ten temat ukazały się w 1969 r., a już kilka miesięcy później na WAT rozpoczęły się eksperymenty nad syntezą laserową.

Lasery były w tym czasie technologicznym „krzykiem mody", umożliwiającym wprowadzenie badań nad syntezą termojądrową na zupełnie nowy poziom. Dzięki nim stało się możliwe podgrzanie plazmy, w której miała zajść reakcja, do wielu milionów stopni w czasie zaledwie nanosekund. Jednak aby to osiągnąć, potrzebne były drogie lasery o wielkiej mocy. PRL nie było stać na taki zakup. Kaliski postanowił więc wynaleźć tańszy sposób na przeprowadzenie syntezy termojądrowej. Istotą jego koncepcji stał się układ typu „focus-laser”, w którym gaz był podgrzewany do bardzo wysokiej temperatury za pomocą silnych wyładowań elektrycznych, a dopiero wtedy „ostrzeliwany” promieniami lasera, dzięki czemu jego moc mogła być znacznie mniejsza. Była to oryginalna polska koncepcja. Skonstruowaniem odpowiedniego lasera zajął się zespół Zbigniewa Puzewicza, specjalisty z WAT. Już w połowie lat 60. Puzewicz budował lasery wykorzystywane w systemach kierowania ogniem czołgów, systemach ostrzegania oraz naprowadzania rakiet. „Focusem” zajęli się specjaliści z Instytutu Badań Jądrowych w Świerku pod Warszawą.

Prace trwały, tymczasem w 1970 r. pierwszy udany eksperyment mikrosyntezy termojądrowej przeprowadził Związek Radziecki. W warunkach laboratoryjnych osiągnięto temperaturę niemal jak na Słońcu - 10 mln kelwinów - której towarzyszyło silne promieniowanie neutronowe. Wkrótce to samo udało się Amerykanom, a następnie Francuzom, Niemcom i Japończykom. Jednak w tych krajach badania prowadzono od lat 50., przeznaczano na nie ogromne środki. Tym większe było zaskoczenie naukowców na całym świecie, kiedy w kwietniu 1973 r. Polska ogłosiła, że jako szóste państwo dokonała kontrolowanej mikrosyntezy termojądrowej. „Eksperyment Focus”, przeprowadzony zaledwie 6 lat po rozpoczęciu przez Kaliskiego pierwszych teoretycznych przygotowań, otwierał przed nim drogę do światowej sławy. I doskonale wpisywał się także w nową epokę w dziejach PRL.

AMBICJE I SEKRETARZA

W 1973 r. od ponad dwóch lat władzę w Polsce sprawowała nowa ekipa Edwarda Gierka. Urodzony w Polsce, ale wychowany we Francji i pracujący w młodości w Belgii, pierwszy sekretarz KC PZPR różnił się od typowych partyjnych aparatczyków poprzedniej dekady. Otwarty na Zachód, postanowił zrealizować w Polsce wielki program modernizacyjny, w którego wyniku zacofany i siermiężny PRL stałby się w bloku państw komunistycznych krajem o najbardziej nowoczesnej gospodarce. Służyły temu nie tylko oficjalnie kupowane licencje, ale również działania wywiadu, których celem było omijanie embarga na najnowsze technologie, nałożonego na kraje komunistyczne przez USA i ich sojuszników.

Na czym polegały te działania? Oficerowie służb PRL, pod przykrywką pracowników central handlu zagranicznego lub fikcyjnych firm założonych przez wywiad za granicą, nawiązywali kontakty z menedżerami korporacji z sektora nowoczesnych technologii, składając im ofertę kupna know-how poza międzynarodową kontrolą.

Jak wspominał Gierek w jednym z udzielonych przed śmiercią wywiadów, w taki właśnie sposób PRL weszła w posiadanie technologii produkcji układów scalonych trzeciej generacji, jakiej w bloku państw komunistycznych nie miał wówczas nikt, nawet ZSRR.

Ze względów bezpieczeństwa transakcja zakupu odbyła się na pełnym morzu i została podzielona na trzy etapy. W pierwszym oficer wywiadu przekazał przedstawicielowi firmy z Dalekiego Wschodu kwotę kilku milionów dolarów w zamian za same rysunki techniczne. Dopiero po pewnym czasie, gdy okazało się, że operacja nie została wykryta przez służby wywiadowcze innych państw, odbyły się - również na wodach międzynarodowych - kolejne dwa spotkania, po których w ręce służb PRL trafiły szczegóły techniczne układów, umożliwiające rozpoczęcie ich produkcji.

Ambicje Gierka obejmowały też budowę w Polsce co najmniej dwóch elektrowni atomowych. Już w 1972 r. we wsi Kartoszyno na Pomorzu została ustalona lokalizacja pierwszej z nich - elektrowni Żarnowiec.

W tych warunkach i atmosferze badania Kaliskiego otrzymały nowy impuls, a on sam stał się ważną postacią w partyjno-rządowym establishmencie. Pod koniec 1974 r. otrzymał stanowisko ministra nauki, szkolnictwa wyższego i techniki. Oficjalnie odszedł z wojska, jednak wciąż sprawował pieczę nad prowadzonymi na WAT badaniami, które w tym czasie gw🤬townie przyśpieszyły. Wejście do rządu ułatwiło bowiem Kaliskiemu zdobycie środków na zakup we Francji nowych laserów o dużej mocy, na utworzenie Instytutu Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy, a także na rozwój zupełnie nowego kierunku badań - uzyskania syntezy termojądrowej w wyniku konwencjonalnego wybuchu. Czy stamtąd było już niedaleko do opracowania nowego typu broni? Wiele na to wskazuje.

POLSKA TANIA BROŃ MASOWEGO RAŻENIA?

O ile wyniki badań Kaliskiego i jego zespołu z początku lat 70. były w większości jawne i publikowane w czasopismach, o tyle wiele eksperymentów przeprowadzonych po 1975 r. zostało utajnionych. W tym czasie profesor był również pilnie obserwowany przez wojskowy kontrwywiad. Nad czym wówczas pracował?

Już w 1974 r. na Wojskowej Akademii Technicznej powstała koncepcja, by zamiast wyładowań elektrycznych w układzie „focus-laser” do podgrzania i koncentracji plazmy wykorzystać materiały wybuchowe. Początkowo myślano o nich jako o sposobie na tzw. wybuchową prekompresję, umożliwiającą obniżenie mocy lasera niezbędnego do zapoczątkowania syntezy termojądrowej nawet o 50 proc., prof. Kaliski doszedł jednak do wniosku, że być może laser w ogóle nie będzie potrzebny. A to oznaczało wejście badań na zupełnie nowy etap.

Kaliski nieźle znal się na materiałach wybuchowych. Jako ekspert od budownictwa niejednokrotnie badał skutki fali uderzeniowej na konstrukcje naziemne i podziemne, za co otrzymał nawet nagrodę ministra obrony narodowej. Wykorzystał tę wiedzę przy szukaniu taniego sposobu na uzyskanie syntezy termojądrowej, analizując techniki kumulacji fali i uderzeniowej w układzie zamkniętym. Opracowany w latach 1975-1977 w Instytucie Fizyki Plazmy i Laserowej Mikro- syntezy stożkowy układ kumulacyjny umożliwił osiągnięcie ciśnienia 40 mln atmosfer - najwyższego, jakie udało się kiedykolwiek uzyskać w ciele stałym przy użyciu materiałów wybuchowych. Kaliski doszedł do wniosku, że jest w stanie wywołać syntezę termojądrową wyłącznie za pomocą klasycznej eksplozji - 1000 razy taniej niż z użyciem lasera.

Przeprowadzone eksperymenty potwierdziły jego przypuszczenia. W 1977 r. Polska stała się zatem pierwszym na świecie krajem, któremu udało się przeprowadzić fuzję termojądrową za pomocą czystego, nieatomowego wybuchu. Oznaczało to, że teoretycznie można zbudować bombę wodorową, nie dysponując wcześniej bombą atomową, spełniającą dotychczas przy wybuchu rolę zapalnika. Przy czym bomba ta byłaby o wiele tańsza i „czystsza”, ponieważ w wyniku jej eksplozji nie powstawałby radioaktywny uranowy lub plutonowy opad. Również posiadanie tych pierwiastków, a także technologii ich wzbogacania, nie było potrzebne do stworzenia broni masowego rażenia. Deuter i tryt niezbędne do fuzji termojądrowej są stosunkowo łatwe do uzyskania (deuter jest m.in. składnikiem wody morskiej). Wiadomo nawet, jak taka bomba mogłaby wyglądać - przypominałaby złączone podstawami stożki wypełnione silnym materiałem wybuchowym, w których środku znajdowałby się niewielki pojemnik z deuterem lub trytem.

PRÓBA ATOMOWA W BIESZCZADACH

Czy to w tym właśnie momencie pojawiła się informacja o możliwości zbudowania polskiej „bomby H”, która miała rzekomo uniezależnić PRL od ZSRR?

Kaliski był częstym i chętnie przyjmowanym gościem Edwarda Gierka. Potwierdzają to były szef sekretariatu PRL-owskiego przywódcy Jerzy Waszczuk, a także Czesław Kiszczak, szef wywiadu wojskowego w latach siedemdziesiątych. Temat polskiej broni termojądrowej cały czas tkwił w głowie I sekretarza, umiejętnie podsycany kolejnymi nowinkami, przynoszonymi przez rektora Wojskowej Akademii Technicznej - człowieka o wielkiej sile przekonywania oraz ogromnej charyzmie. Czy była to tylko gra mająca na celu zdobycie większych środków na eksperymenty naukowe prowadzone na wojskowej uczelni, czy też Kaliski i Gierek naprawdę wierzyli, że Polska wkrótce może mieć własną bombę termojądrową?

O tym, że wierzył w to Gierek, ma świadczyć pytanie, które pierwszy sekretarz zadał Bogdanowi Neyowi, profesorowi PAN i specjaliście od geodezji inżynieryjnej: „Czy możliwe byłoby przeprowadzenie próbnego wybuchu, np. w Bieszczadach, w taki sposób, by nie dowiedzieli się o nim towarzysze radzieccy?". Prof. Puzewicz, który pośrednio potwierdził tę wersję, zastrzegł jednak, że nie mogło być w ogóle mowy o próbnej eksplozji bomby wodorowej, a co najwyżej zdetonowaniu ładunku wybuchowo-termojądrowego większego, niż było to możliwe w warunkach laboratoryjnych.

Chociaż do takiej próby nigdy nie doszło, a prace nad wybuchową syntezą termojądrową nie wyszły poza eksperymenty przeprowadzane w Instytucie, historia „polskiej bomby wodorowej" obrosła przez lata legendą. Jej zwolennicy podają nawet miejsce planowanej próbnej eksplozji - szyb wywiercony na bezludnych terenach na północ od szosy łączącej Lesko i Ustrzyki Dolne. Potwierdzeniem mają być tajemnicze badania geologiczne, prowadzone tam pod koniec lat 70. pod pretekstem poszukiwań ropy i gazu.

Tyle tylko, że podziemnego wybuchu tuż przy granicy ze Związkiem Radzieckim, według zgodnych opinii ekspertów, w żaden sposób nie dałoby się ukryć przed okiem „wielkiego brata". A posiadanie nawet kilku bomb termojądrowych nie oznaczało jeszcze uniezależnienia od Moskwy, która miała ich tysiące.

Gen. Kiszczak uważał, że na własny program nuklearny Polski zwyczajnie nie było wówczas stać. Również sam Gierek nigdy nie potwierdził, że Polska miała takie plany. Jednak informację, że Kaliski mógł zginąć, ponieważ był bliski skonstruowania nowej broni, ujawnił niedługo przed śmiercią Piotr Jaroszewicz, premier PRL w czasach Gierka.

CO SKONSTRUOWAŁ PROFESOR KALISKI?

„Mam pewność, że generał Kaliski nie zginął przypadkowo, że zadziałał mechanizm powiązań handlowo- -wywiadowczych" - powiedział Jaroszewicz w wywiadzie udzielonym Januszowi Rolickiemu na początku lat 90. Nic więcej nie chciał dodać. Co oznaczały te słowa? Sam Jaroszewicz został brutalnie zamordowany w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. w swoim domu w Aninie. Sprawców zbrodni nie wykryto, nie ustalono też jej motywów.

Słowa „system powiązań handlowo-wywiadowczych" wskazują na ludzi ze służb PRL, którzy brali udział w kupowaniu nowoczesnych technologii, omijając amerykańskie embargo. A jeśli pracowali na dwie strony? Czy możliwe, że zaoferowali służbom innego kraju wykradzenie i sprzedaż opracowanych przez Kaliskiego technologii? A może on sam to zaproponował? Czy też służby wywiadowcze któregoś z mocarstw stwierdziły, że polskie badania zaszły za daleko i zagrażają kruchej równowadze sił w podzielonym przez zimną wojnę świecie? Profesor-generał był przecież nie tylko teoretykiem i autorem przełomowych eksperymentów, ale też posiadaczem patentów z wielu dziedzin (od budownictwa po system wzmacniania ultra- i hiperdźwięków w półprzewodnikach, wykorzystywany m.in. w telewizji). Doskonale wiedział, w jaki sposób przełożyć teorię na praktykę. Jego utajnione szkice i opisy mogły być gotowym schematem konstrukcji..., ale właśnie, czego?

Ponieważ prowadzone badania łączyły wiedzę z różnych dziedzin, ewentualnych odpowiedzi może być wiele. Pierwsza zakłada, że chodziło jednak o schemat nowej taniej broni masowego rażenia. Ur🤬amianej za pomocą zwykłego materiału wybuchowego bomby wodorowej lub neutronowej, czyli takiej, która przy stosunkowo małej sile eksplozji emituje śmiercionośne promieniowanie, zabijające ludzi w promieniu kilku kilometrów. Bomby neutronowe, ale odpalane za pomocą ładunku atomowego, pod koniec lat 70. miały tylko USA, jednak w latach 80. broń taką uzyskały też ZSRR, Francja i Chiny. Czy konstruktorzy z tych krajów korzystali z technologii podobnej do tej, jaką opracował prof. Kaliski? Nie wiadomo.

Druga odpowiedź jest taka, że chodziło o broń konwencjonalną, ale o wyjątkowo dużej sile rażenia. Ubocznym skutkiem badań nad wybuchową syntezą termojądrową było bowiem wynalezienie nowych technik kumulacji fali uderzeniowej w układach cylindrycznych, które idealnie nadają się do zastosowania w pociskach, służących do przebijania grubych stalowych pancerzy czołgów czy stalowo-betonowych umocnień. Mogło też chodzić o broń o charakterze defensywnym, np. system obrony przeciwrakietowej, wykorzystujący zarówno lasery, jak i antyrakiety wyposażone w ładunki kumulacyjne. Plany budowy takiej broni zostały ogłoszone przez prezydenta USA Ronalda Reagana w ramach Inicjatywy Obrony Strategicznej SDI w 1983 r., pięć lat po śmierci generała Kaliskiego.

A jeśli żadna z tych odpowiedzi nie jest prawdziwa, żadna superbroń nie została opracowana, a śmierć Kaliskiego była rezultatem zwykłego nieszczęśliwego wypadku?

NIEWYJAŚNIONA ZAGADKA

Profesor wyjechał z żoną z Warszawy do ośrodka wypoczynkowego „Górnik" w Podczelach (obecnie część Kołobrzegu) o godz. 9. Chociaż miał opinię ostro jeżdżącego kierowcy, z kilkoma rozbitymi autami na koncie, tego dnia nie śpieszył się. Państwo Kaliscy po drodze zatrzymywali się kilkakrotnie, żeby coś zjeść, a koło Człuchowa profesor zrobił kolejny postój, by wykąpać się w jeziorze. Irena Kaliska, która przeżyła wypadek, ale do końca życia pozostała sparaliżowana, zapamiętała, że przed miejscowością Mostowo pojawiła się przed nimi zielono-granatowa dostawcza nysa, która zaczęła hamować. Ponieważ miała niesprawne światła stopu, w pewnym momencie auta niebezpiecznie zbliżyły się do siebie. Profesor usiłował najpierw ominąć nysę lewą stroną jezdni, ale tam – według złożonych przed prokuratorem zeznań żony - stali jacyś ludzie, odbił więc na prawe pobocze. Jechał nim przez pewien czas, jednak nagle samochodem ostro zarzuciło w prawo. W rozbitym fiacie stwierdzono później brak powietrza w prawym przednim kole i pęknięty prawy przewód hamulcowy. Śledztwo nie ustaliło, czy była to przyczyna, czy skutek wypadku. Umorzono je w wyniku niestwierdzenia winy kierowcy.

Śmierć Kaliskiego oraz wieloletni kryzys gospodarczy, który rozpoczął się pod koniec lat 70., a także upadek ekipy Gierka oznaczały stopniowe ograniczanie polskich badań nad kontrolowaną syntezą termojądrową. Ostatni taki eksperyment przeprowadzono w Warszawie w 1981 r. Do dziś zresztą nie udało się nikomu podgrzać plazmy w taki sposób, by uzyskać stabilne, trwałe źródło energii: pierwszy termojądrowy reaktor wciąż jest na etapie projektu. Przekroczenie eksperymentu krytycznego, czyli uzyskanie z syntezy większej ilości energii, niż została zużyta do jej wywołania, udało się przeprowadzić amerykańskim naukowcom z Kalifornii dopiero w lutym tego roku.

Może więc badania prowadzone przez profesora Kaliskiego nie miały sensu i były wyłącznie wynikiem jego próżności? Czy może, gdyby żył, znaleźlibyśmy się w awangardzie krajów, zajmujących się energią termojądrową zarówno na płaszczyźnie cywilnej, jak i wojskowej? Odpowiedzi na te pytania już nie poznamy. Na pocieszenie zostaje nam fakt, że 40 lat temu, przez krótki czas, dzięki jednemu człowiekowi Polska była w naukowej elicie krajów zajmujących się najtrudniejszymi zagadnieniami fizyki i miała w tej dziedzinie swoje własne oryginalne osiągnięcia.


Oznaczenia wiekowe materiałów są zgodne z wytycznymi
Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

Oświadczam iż jestem osobą pełnoletnią i wyrażam zgodę na ukrycie oznaczeń wiekowych materiałów zamieszczonych na stronie
Funkcja pobierania filmów jest dostępna w opcji Premium
Usługa Premium wspiera nasz serwis oraz daje dodatkowe benefity m.in.:
- całkowite wyłączenie reklam
- możliwość pobierania filmów z poziomu odtwarzacza
- możliwość pokolorowania nazwy użytkownika
... i wiele innnych!
Zostań użytkownikiem Premium już od 4,17 PLN miesięcznie* * przy zakupie konta Premium na 6 miesięcy. 6,00 PLN przy zakupie na jeden miesiąc.
* wymaga posiadania zarejestrowanego konta w serwisie
 Nie dziękuję, może innym razem