📌 Ukraina ⚔️ Rosja Tylko dla osób pełnoletnich - ostatnia aktualizacja: Wczoraj 21:49
Grudzień 2013
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31
Styczeń 2014
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
Luty 2014
PN WT ŚR CZ PT SO ND
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28

Temat stary, ale moim zdaniem wart uwagi.
Kiedyś przeglądając stronki natknąłem się na Polski projekt motocykla "Cedzior" który zdobył spore uznanie na świecie.
Na zachętę:






Teraz coś o projekcie:
Pomysł powstania „Cedziora" zrodził się w głowie Szajby (Pomysłodawcy i założyciela Szajba's Garage) jakiś czas po tragicznej śmierci Piotra „Cedzika" Sadowskiego. Piotrek zginął jadąc swoim Suzuki GSX-R 1000 K4, który później posłużył jako baza do budowy streetfigtera. Nie dziwi więc, że ten motocykl ma duszę.

Z K4 nie zostało wiele osprzętu - tylko skrzynia biegów i silnik, który doładowany został podtlenkiem azotu Wizards of NOS. Finalnie, moc silnika powinna wynosić jakieś 240 KM i pozwolić na osiągnięcie prędkości maksymalnej wynoszącej ponad 300 km/h.
Trudno przejść koło niego obojętnie. Przyciąga uwagę swoim wykonaniem, o którym grono customizerów mówiło hi-tech.

Motocykl nie tylko wygląda ale i jeździ. Niestety ze względu na fakt zainstalowania podtlenku azotu Cedzior nie może śmigać po polskich drogach. A szkoda, bo jego niebanalna moc i osiągi aż się proszą o spuszczenie ze smyczy.

Kilkakrotnie nagradzano projekt, miedzy innymi 7 listopada 2010 r. w Kalkar (Niemcy), CEDZIOR zajął 1-sze miejsce w mistrzostwach streetfighterów.

Motocykl był też bohaterem jednego z odcinków "Operacja Tuning"


Wiem, to nie forum motocyklowe, ale pomysł i wykonanie NASZE, POLSKIE!
Tak, jestem za motocyklami.
Jak się komuś spodoba mogę dorzucić więcej fotek.

Mógłbyś mi ustąpić miejsca? NIE!!

konto usunięte2014-01-30, 11:49
Kolejna historia z życia wzięta (nie moja):

Siedzę sobie spokojnie w autobusie, aż tu wchodzi taka stara baba, śmierdząca na kilometr gównem, z miliardem różnorodnych siatek, toreb, koszyczków, czy c🤬j wie jeszcze czego. Myślę sobie - O nie, nie siadaj koło mnie, k🤬a. No ale jak c🤬jnia to c🤬jnia, p🤬lnęła się obok mnie, wyj🤬a na mnie połowę tych siat i jeszcze cieszy mordę. Przesiedziałem tak chyba z 2 przystanki, no ale k🤬a już nie mogę wytrzymać tego smrodu, no to wstaję, biorę swoją torbę i przesiadam się na wolne miejsce. Siedzę sobie jakiś czas zadowolony, że wyzwoliłem się z cuchnących oparów wydobywających się z istoty siedzącej obok mnie, aż tu wchodzi kolejna babura i już się gapi na miejsce obok mnie. Myślę sobie - o k🤬a, następna, o nie tym razem nie siądziesz tu, no i p🤬lnąłem swoją torbę na miejsce obok. Kobita lekko znietrzeźwiona zaistniałym faktem, chwiejnym krokiem zbliża się ku mnie, podchodzi i wypowiada następujące słowa: Dobry człowieku czy był byś tak uprzejmy i ustąpił byś mi miejsca. Myślę sobie: K🤬a mać p🤬lona wieśniaro, wyp🤬alaj na miejsce k🤬a, 10 kroków dalej i nie zawracaj mi tu dupy. Oczywiście ja jestem człowiekiem bardzo kulturalnym więc powiedziałem to co pomyślałem, tylko grzeczniej to ujmując. Babka się obejrzała, zauważyła to miejsce, o którym mówiłem i wiecie co powiedziała?? K🤬a mać, powiedziała, że ona woli na tym miejscu co jest moja torba. K🤬A i wiecie co zrobiłem, wziąłem zamaszystym ruchem moje bety, wykonałem następująco 10 p🤬lonych kroków i usiadłem na j🤬ym wolnym jak sto c🤬ji miejscu, k🤬a. Następne 5 minut było spokojnie, aż tu wchodzi taki kolo, w średni wieku, ok. 50, gapi się przez chwile na mnie, ja myślę: No k🤬a jego mać, jak mnie poprosi żebym mu ustąpił to go rozp🤬olę. Jak przewidziałem tak się stało, kolo podchodzi do mnie i p🤬li starą gadkę: Czy byłym tak dobry ... bla bla bla. Rozejrzałem się po autobusie... i wiecie co zobaczyłem. K🤬a mać zobaczyłem wolne miejsca na końcu autobusu. Więc grzecznie mu odpowiedziałem, że tam są jeszcze wolne miejsca. A wiecie co ten koleś mi odpowiedział, wiecie. K🤬AAA!! Spytał się mnie czy JA nie mógłbym się tam przesiąść. No to teraz mnie wk🤬ił koleś ale, że ja jestem tak bardzo dobrym "chłopczykiem" to rzuciłem mu w twarz tylko "NIE". Parę przystanków dalej już wysiadłem. Idę sobie do domu i rozmyślam o tym co się stało, na początku to miałem myśli typu, K🤬a co za ludzie, ale później to się śmiać z tego zacząłem.

Iluzje

Icepick 2014-01-30, 16:49
Kilka fajnych efektów


*Po tagach nie namierzyłem.

Fryzjer kontra ZAiKS

konto usunięte2014-01-30, 17:04
Sprawa z mojego miasta

Cytat:

Wracamy do tematu wałbrzyskiego fryzjera, który wypowiedział wojnę ZAiKS-owi. W Sądzie Okręgowym w Świdnicy ruszył proces w tej sprawie.

ZAiKS to instytucja chroniąca prawa autorskie artystów, jej zadaniem jest ściągaćnie opłaty za wykonywanie publiczne utworów i przekazywać tantiemy muzykom. Inspektorzy ZAiKS-u zobowiązani są kontrolować czy wszyscy zobowiązani uiszczają odpowiednie opłaty. Między innymi na celowniku kontrolerów znalazł się jednen z zakładów fryzjerskich w Wałbrzychu.

- ZAiKS podał mnie do sądu, ponieważ ponoć zgodnie z ich twierdzeniem łamię prawa autorskie rozpowszechniając utwory muzyczne, działam na szkodę ZAiKS-u i wszystkich autorów. Rzekomo dzięki ZAiKS-owi zarabiam na rozpowszechnianiu muzyki a nie na tym, że jestem fryzjerem i wykonuję swoją pracę - tak sprawę tłumaczył Marcin Węgrzynowski niespełna miesiąc temu.

Fryzjer odwołał się od pierwszej decyzji sądu, który nakazał zapłacić na rzecz ZAiKSU ponad 900 złotych. W ramach protestu wywiesił w zakładzie informacje, żeby klienci nie słuchali muzyki płynącej z radia a w razie problemów mogą skorzystać z zatyczek do uszu. To zwróciło uwagę nawet ogólnopolskich mediów dlatego wiele osób obecnie zainteresowanych jest przebiegiem sprawy, która toczy się przed świdnickim sądem.

- Zostałem przesłuchany w charakterze świadka. Sąd zapytał w jaki sposób wykonuję swoje usługi, jak duży salon prowadzę, ile zatrudniam osób. Przedstawiłem sytuację, że pracuje wraz z uczniami. Klienci przychodzą w określonych, wyznaczonych wcześniej godzinach, więc nie ma u mnie nikogo "w poczekalni". Sąd przyjął jako dowód oświadczenia klientek, które podpisały, że nie słuchają radia w moim salonie. Zebrałem ponad 270 takich oświadczeń. Sąd zastanawia się nad samym faktem prawnym, czy należy pobierać takie opłaty od salonów za publiczne rozpowszechnianie czy nie. Należy przytoczyć tu 24 artykuł ustawy o publicznym rozpowszechnianiu muzyki, gdzie stwierdzono, że można rozpowszechniać utwory muzyczne jeśli nie uzyskuje się korzyści majątkowych z tego tyutułu. I tak jest w moim salonie - mówił po pierwszej rozprawie Marcin Węgrzynowski.

Każda ze stron ma swoje argumenty i nikt nie zamierza w tej sprawie odpuszczać.

- W ciągu 14 dni adwokaci mają przygotować dla sądu jakie do tej pory zapadały wyroki w podobnych sprawach. Strona przeciwna zapewne przytoczy wszystkie procesy, które wygrała My przytoczymy na przykład proces ze Śląska, gdzie wygrał fryzjer. Dodatkowo mamy w zanadrzu wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, gdzie uniewinniony został dentysta bo stwierdzono, że jeśli przychodzi do niego jeden pacjent to nie jest to publiczne rozpowszechnianie fonogramu - dodaje Marcin Węgrzynowski.

Kolejna rozprawa odbędzie się 30 marca.



Aż nie idzie tego opisać... Niedługo nawet radia w samochodzie z rodziną/znajomymi nie będzie można słuchać.

Źródło

Szalupy morderców

konto usunięte2014-01-30, 21:09


100 lat temu pasażerowie tonącego Titanica, aby ratować życie, dopuścili się potwornych czynów. Zgodnie ze zwyczajami morza, nie ponieśli za to żadnych konsekwencji. Równie łaskawie traktuje się wszystkich rozbitków. Jeśli oczywiście przeżyją...

Dnia 15 kwietnia 1912 roku o godzinie 2.30 w nocy, 10 minut po zatonięciu Titanica w miejscu katastrofy kłębi się 500 rozbitków. Chcą dopłynąć do oddalonych o 200 metrów szalup. Niektórzy wiedzą już, że nie dadzą rady. Nad lodowatą wodą niesie się krzyk przerażonych ludzi.

Piąty oficer z Titanica Harold Godfrey Lowe przesadza kobiety i dzieci z szalupy nr 14 do innych łodzi i z czterema ochotnikami płynie w stronę rozbitków. Jednak po 60 metrach każe zatrzymać szalupę. Czeka godzinę i dopiero gdy na powierzchni unoszą się już głównie ciała, dopływa do nich. Z wody wyciąga tylko czterech żywych ludzi. Potwór? Nie, Lowe został uznany za bohatera.

Z 18 szalup, które udało się spuścić z Titanica, tylko jego łódź i jeszcze jedna ruszyły na pomoc rozbitkom. Chociaż we wszystkich było jeszcze 467 wolnych miejsc! Lowe chciał pomóc, wiedział jednak, że dopóki znajdujący się w wodzie ludzie mają jeszcze dużo sił, w rozpaczliwej walce o życie mogą wywrócić szalupy i utopić ich pasażerów. Dlatego kazał czekać, aż osłabną, skazując większość z nich na pewną śmierć.

Deska Karneadesa

Na pytanie, czy ratowanie własnego życia usprawiedliwia zabicie innego człowieka, postanowił odpowiedzieć już w II w. p.n.e. grecki filozof Karneades z Cyreny w swoim etycznym eksperymencie. Założenie było proste: w morzu jest dwóch rozbitków, na wodzie unosi się deska zdolna unieść ciężar tylko jednego człowieka. Ten, kto ją zdobędzie, ma szansę na doczekanie ratunku. Pierwszy dopływa rozbitek A. Jednak rozbitek B, widząc, że za chwilę utonie, odpycha od deski rozbitka A, który znika pod wodą. Czy rozbitek B jest winien morderstwa, czy był to akt samoobrony? Odpowiedź Karneadesa brzmi: samoobrona.

„Deska Karneadesa” stała się na wieki podstawą tzw. Customs of the Sea (Zwyczajów morza) i miała wielki wpływ na decyzje sądów w podobnych sprawach. Na przykład w odnotowanej na początku XVII w. sprawie Saint Christopher, w której sądzono siedmiu angielskich marynarzy. Kiedy ich statek zatonął, przez 17 dni błąkali się w szalupie. Jeden z nich zaproponował, żeby ciągnąć losy – kto przegra, zostanie zabity i zjedzony, by pozostali mogli przeżyć. Pechowy los wyciągnął pomysłodawca makabrycznej loterii. Kiedy rozbitkowie zostali uratowani, wrócili do Saint Christopher, gdzie postawiono ich przed sądem za umyślne zabójstwo. Jednak sędzia uniewinnił całą siódemkę, twierdząc, że przestępstwo zostało „zmazane” przez „nieuchronną konieczność”.

Tratwa Meduzy

6 czerwca 1816 roku. Minęła pierwsza noc rozbitków z francuskiej fregaty Meduza, którzy postanowili ratować życie na zbudowanej z części statku tratwie. W ciągu tej nocy 20 ludzi zostało zabitych w walce o dostęp do wina – wody pitnej nie ma wcale – lub popełniło samobójstwo. Na tratwie o wymiarach 7 na 20 metrów było początkowo 146 osób, mężczyzn i kobiet. Na jednego człowieka przypadał mniej niż metr kwadratowy powierzchni. A jednak ludzie zdecydowali się na taką podróż, wierząc, że razem łatwiej będzie im przetrwać i doczekać ratunku. Mylili się.

Dzień wcześniej, kiedy opuszczali przewrócony statek, rozbitkowie byli jeszcze pełni optymizmu. Meduza wpadła na mieliznę zaledwie 60 km od wybrzeża Afryki i wszyscy mieli nadzieję, że uda im się do niego dotrzeć. Tratwę miały holować do brzegu dwie szalupy, w których miejsca zajęła część załogi z kapitanem Huguesem de Chaumareys. Jednak już po kilku godzinach kapitan zrozumiał, że holowanie tratwy bardzo opóźni dotarcie do brzegu. Kazał więc odciąć liny. Początkowa rozpacz wśród rozbitków na tratwie szybko zamieniła się w krwawą walkę o przetrwanie.

8 czerwca, czwarty dzień dryfowania. Na tratwie jest już tylko 67 żywych ludzi. Wielu zginęło w ciągu dwóch poprzednich nocy, kiedy wysokie fale zalewały pokład. Tylko niektórych pochłonęło morze, reszta została zabita w czasie walki o miejsce pośrodku tratwy, gdzie było najbezpieczniej.

9 czerwca, 5. dzień. Mężczyzna o imieniu Jean bierze nóż i podchodzi do trupa młodej kobiety, która zmarła w nocy. Kroi i zjada jej ciało. Po chwili przyłączają się do niego inni. Rozbitkowie na chwilę zaspokajają głód, ale tej nocy już nie zasną – z nożami w rękach będą obserwować się nawzajem, w obawie o życie.

12 czerwca, 8. dzień. Najsilniejsi wyrzucają z tratwy słabych i rannych. Pozostawiają tylko kilka ciał, które będą jeść.

17 czerwca, 13. dzień. Tratwę odnajduje statek wojenny Argus. Na jej pokładzie jest tylko 15 żywych, skrajnie wyczerpanych ludzi. W ciągu następnych dni pięciu z nich umrze.

Żaden z rozbitków nie stanął przed sądem. Kapitan de Chaumareys doczekał się procesu, jednak skazano go tylko na trzy lata więzienia. To w proteście przeciw temu wyrokowi młody malarz Theodore Gericault stworzył swój wstrząsający obraz „Tratwa Meduzy”.

Gang w szalupie

Los rozbitków z Meduzy nie był jednak niczym odosobnionym. W marcu 1942 roku podobny horror stał się udziałem pasażerów i załogi holenderskiego statku Roseboom, storpedowanego przez japońską łódź podwodną niedaleko Sumatry. W szalupie przeznaczonej dla 28 ludzi znalazło się 80 rozbitków. Przez pierwszy tydzień dryfowania dyscyplinę na pokładzie zapewniał doświadczony brytyjski oficer Archibald Paris. Kiedy zmarł, zapanowała anarchia.

Kapitan Boon został zabity przez swoich własnych mechaników. Na dziobie łodzi zainstalował się gang złożony z żołnierzy, którzy każdej nocy wyrzucali kilku słabszych rozbitków za burtę. Po kilku dniach tego horroru 27-letni kapral Walter Gibson wraz z innymi rozbitkami zaatakował renegatów: wszyscy zostali wyrzuceni za burtę i utonęli.

Ale wkrótce własny gang stworzyli marynarze z Jawy. Zabijali białych pasażerów, jednego zjedli żywcem. Po 28 dniach od zatonięcia Roseboom, kiedy szalupa dopłynęła do wyspy Sipora, było w niej już tylko pięciu żywych lu-zi: trzech Jawajczyków, Walter Gibson i młoda Chinka Doris Lin. Między tą dwójką zawiązała się silna więź, która pomogła im przetrwać. Jednak historia nie miała happy endu – wkrótce rozbitków odnalazł japoński patrol. Gibson trafił do obozu dla jeńców, a Lin została zastrzelona jako szpieg. Brytyjczyk przeżył wojnę i zmarł w 2005 roku w wieku 90 lat.

Jedną z najbardziej mrocznych morskich historii była epopeja rozbitków ze statku wielorybnicznego Essex, który 20 listopada 1820 roku został zniszczony przez 80-tonowego wieloryba na środku oceanu. To właśnie zdarzenie zainspirowało Hermana Melville’a do napisania książki „Moby Dick”.

22 listopada. 20 członków załogi statku Essex opuszcza wrak na trzech szalupach. W każdej jest 90 kg sucharów, 250 litrów wody i po 2 morskie żółwie. Chcą dotrzeć w ciągu 56 dni do odległych o 2500 km wybrzeży Peru lub Chile.

20 grudnia, 28. dzień tułaczki. Dowódcy szalup zmniejszają o połowę racje żywnościowe. Bunt wisi w powietrzu, na szczęście rozbitkowie trafiają na wyspę. W ciągu tygodnia wyłapują wszystkie kraby i zjadają je lub robią zapasy. Trzech marynarzy – Chappel, Weeks i Wright – postanawia zostać na wyspie i tam czekać na ratunek. Doczekają się go po prawie pięciu miesiącach. Pozostałych 17 wyrusza w podróż, która okaże się horrorem.

20 stycznia 1821 roku, 24 dni po odpłynięciu z wyspy. W łodzi dowodzonej przez pierwszego oficera Owena Chase’a umiera marynarz Peterson. Ciało zostaje oddane morzu, tak jak wcześniej zmarłego majtka Matthew Joya. Owen żelazną ręką pilnuje zapasów i wydziela skąpe racje. Jednak jego szalupa żegluje samotnie: zgubił się osiem dni wcześniej. Nie wie więc, że tego samego dnia, na szalupie dowodzonej przez sternika Hendricksa, zostaje zjedzona pierwsza ofiara – zmarły marynarz Thomas. Tu zapasy żywności skończyły się sześć dni temu.

28 stycznia, 32 dni po odpłynięciu z wyspy. Na szalupie Hendricksa zostaje zjedzony drugi trup – marynarz Sheppard. Tego samego dnia na szalupie dowodzonej przez kapitana George’a Pollarda załoga zjada ciało zmarłego marynarza Reeda. Od siedmiu dni i na tej łodzi nie ma żywności.

6 lutego, 41 dni po odpłynięciu z wyspy. Czterech rozbitków z łodzi kapitana Pollarda ciągnie losy. Najkrótszy przypada 18-letniemu kuzynowi kapitana. Ten jest gotów bronić siostrzeńca, ale Coffin godzi się z losem. Zostaje zastrzelony i zjedzony.

8 lutego, 43 dni po odpłynięciu z wyspy. Na łodzi oficera Chase’a zapasy już się wyczerpały. Kiedy umiera marynarz Cole, jego ciało zostaje poćwiartowane, upieczone i zjedzone.

11 lutego, 46 dni po odpłynięciu z wyspy. Na łodzi kapitana Pollarda umiera marynarz Ray, który również zostaje zjedzony.

18 lutego, 53 dni po odpłynięciu z wyspy, 90 dni od katastrofy Esseksa. Brytyjski statek Indian odnajduje łódź z oficerem Chase’em, marynarzem Lawrence’em i chłopcem okrętowym Nickersonem. Pięć dni później statek Douphine odnajdzie kapitana Pollarda i marynarza Ramsdella w szalupie pełnej ludzkich szczątków. Trzeciej łodzi nie odnaleziono.

Siedem przypadków kanibalizmu, jedno zabójstwo. Jednak nikt z ocalonych członków załogi Esseksa nie stanął przed sądem. Większość z nich zrobiła kariery w marynarce.

Pasażerowie za burtę

Już w przypadku marynarzy z Esseksa stare określenie „wilk morski” nabiera innego znaczenia. Czasem jednak na morzu panują prawdziwie wilcze prawa.

19 marca 1841 roku. Statek William Brown tonie 400 km od wybrzeży Kanady po zderzeniu z górą lodową. Nie dla wszystkich wystarcza szalup – z 82 pasażerów i członków załogi tylko 51 znajduje miejsce na pokładach dwóch łodzi. Mniejszą dowodzi kapitan Harris, większą oficer Alexander William Holmes. Wie, że jego łódź jest mocno przeładowana.

20 marca, rano. Harris decyduje, że będzie większa szansa na ratunek, gdy łodzie rozdzielą się. Płynący na jednej szalupie z Holmesem oficer Rhodes melduje, że łódź jest przepełniona i trzeba wyrzucić za burtę kilku pasażerów. Kapitan Harris odpowiada spokojnie: „Wiem, co musicie zrobić. Nie mówcie teraz o tym. Niech to będzie ostateczne wyjście”.

20 marca, wieczór. Cały dzień pada deszcz, woda zbiera się w łodzi mimo ciągłego wylewania jej. Około godz. 22. Holmes krzyczy: „Pomóż mi, Boże! Chłopcy, do roboty!”.

Z pomocą marynarza wybiera 14 mężczyzn i zmusza ich do wyskoczenia za burtę. Spośród mężczyzn jedynie dwóch żonatych, mały chłopiec i członkowie załogi zostają w łodzi. Za burtę trafiają też dwie kobiety, tylko dlatego, że były siostrami jednego z wyrzuconych. Wszyscy giną w lodowatej wodzie.

21 marca, ranek. Holmes znajduje w łodzi dwóch ukrywających się mężczyzn, którzy nie wykonali rozkazu, i wyrzuca ich za burtę. Kilka godzin później rozbitkowie z szalupy zostają uratowani przez statek Crescent.

William Holmes trafił przed sąd, oskarżony o spowodowanie śmierci pasażerów. Nie był sądzony za zabójstwo, gdyż zdaniem prokuratora „działał bez złej woli”. Holmes bronił się, przywołując zasadę samoobrony i wyższej konieczności. Jednak sędzia Baldwin zapytał go, czemu najpierw nie poświęcił życia członków załogi – ludzi, w których zawód wpisane jest takie ryzyko? Oficer został uznany za winnego, jednak wyrok był łagodny – sześć miesięcy więzienia i 20 dolarów grzywny.

Losować czy nie?

Dla wielu rozbitków problemem nie było pytanie, czy kogoś zabić i zjeść, tylko jak to zorganizować, aby wszystko odbyło się zgodnie ze zwyczajami morza. Ta sprawiedliwość in extremis sprowadza się zwykle do losowania.

9 sierpnia 1874 roku na Oceanie Indyjskim zatonął statek Euxine. Członkowie załogi uratowali się na trzech szalupach. Przez trzy tygodnie daremnie wypatrywali ratunku, nie mieli już wody i żywności. 31 sierpnia na łodzi dowodzonej przez Jamesa Archera dwóch marynarzy popełniło samobójstwo, wyskakując za burtę. Tego samego dnia Archer podjął decyzję o losowaniu, czyje życie zostanie poświęcone, by ratować innych. Wybór padł na Francisa Gioffusa, wyrok miał wykonać August Muller. Cztery godziny po zabiciu marynarza rozbitkowie zostali odnalezieni przez holenderski statek Java Packet. Nikt nie został oskarżony.

10 lat później podobną decyzję musieli podjąć rozbitkowie z jachtu Mignonette, który zatonął na Atlantyku 1100 km od najbliższego lądu. W niewielkiej szalupie znaleźli się kapitan Tom Dudley oraz trzej członkowie załogi: Stephens, Brooks i najmłodszy, 17-letni Parker.

Początkowo rozbitkowie nieźle sobie radzili – czwartego dnia złapali morskiego żółwia i zebrali trochę deszczówki. Potem było tylko gorzej. Ósmego dnia pili już własny mocz.

12. dnia kapitan Dudley rozpoczął dyskusję o losowaniu. 15. dnia zdesperowany Parker napił się morskiej wody, po której zachorował. Temat wrócił, ale Brooks i Stephens wciąż nie chcieli zgodzić się na losowanie. 19. dnia Parker był w stanie śpiączki. Nie było już mowy o losowaniu. Dudley i Stephens porozumieli się, że zabiją chłopca. Chcieli to zrobić, zanim umrze, ponieważ jego krew będzie się wtedy lepiej nadawała do picia. Brooks wiedział, co się dzieje, ale nie protestował. Parker został zabity nożem, a jego ciało zjedzone. Po 24 dniach w szalupie rozbitkowie zostali uratowani.

Doodley i Stephens trafili przed sąd wyłącznie przez własną gadatliwość. Dostali po sześć miesięcy więzienia. Brytyjski sąd uznał w 1884 roku – i był to precedens w anglosaskim prawie – że konieczność ratowania życia trzech ludzi nie usprawiedliwia morderstwa z premedytacją. Dlatego na pytanie, czy w takiej sytuacji lepiej jest losować, czy nie, kto zostanie zabity, odpowiedź brzmi – losować. Albo... nie opowiadać nikomu tego, co naprawdę działo się w szalupie.

Ratujcie nasze dusze

Świadkowie największej morskiej katastrofy w dziejach – zatonięcia statku Wilhelm Gustloff – nigdy nie opowiedzieli szczegółów tego, co wydarzyło się w nocy 30 stycznia 1945 r.na Bałtyku. Trafiony trzema torpedami z radzieckiej łodzi podwodnej statek przewoził niemieckich uchodźców, marynarzy i żołnierzy z Gdyni do Kilonii. Na pokładzie było prawie 9 tysięcy cywilów i 1,5 tysiąca wojskowych, w tym załoga. Miejsca w łodziach ratunkowych wystarczały tylko dla 1050 osób. Walczono o nie bez żadnej litości – kto miał broń, nie wahał się jej użyć. „Z dzieckiem na rękach kierowałam się nie w tłum oszalałych kobiet i dzieci, nie ku lamentom i strzelaninie. Tam działy się rzeczy potworne” – wspominała po latach Lucie Rybandt, jedna z ocalonych. „Szłam do marynarzy. Nie wiem, jak znalazłam się w wodzie. Dziecka na rękach już nie miałam. Kurczowo uchwyciłam się pontonu. Chcieli mnie oderwać, bo byłam obciążeniem. Ale po jakimś czasie mnie wciągnęli. Kiedy mnie ocucili, okazało się, że mam nogi podrapane do krwi. Tonący chwytali się wszystkiego, orali paznokciami”.

W trwającej godzinę walce o szalupy cywile nie mieli szans w starciu z uzbrojonym wojskiem. Z 9 tysięcy uciekinierów uratowało się tylko 419 osób. Przeżyła natomiast więcej niż połowa żołnierzy oraz załogi – ponad 800. Nigdy nie opowiedzieli, co robili, by uratować życie. Na katastrofę Gustloffa na ponad pół wieku spuszczono zasłonę milczenia.

Dziś satelity są w stanie błyskawicznie namierzyć rozbitków, a ratownicy dotrzeć do nich o wiele szybciej niż kiedyś. Ale na morzu wciąż dochodzi do dramatycznych scen. 6 marca 1987 roku w belgijskim porcie Zeebrugge zatonął prom Herald of Free Enterprise. Pasażerowie ratowali się, schodząc po drabinkach do łodzi, które przypłynęły na ratunek. Ale na jednej z drabinek młody człowiek zamarł ze strachu – nie mógł ruszyć się i blokował przejście innym. Został siłą oderwany i wrzucony do wody. Utonął. Prokuratura nie wszczęła żadnego śledztwa przeciw pasażerom, uznając, że działali w stanie wyższej konieczności.

Ostatni znany przypadek kanibalizmu na morzu zdarzył się cztery lata temu. W kwietniu 2008 roku 33 imigrantów z Dominikany próbowało nielegalnie przedostać się w łodzi na amerykańskie terytorium Puerto Rico. To miała być krótka podróż – zaledwie 250 km – nie mieli więc dużych zapasów. Drugiego dnia silnik przestał pracować. Wspomina Maria Marizan, jedna z uratowanych: „Szóstego dnia zmarł pierwszy pasażer. Następnej nocy zniknął kapitan. Nie wiem, czy popłynął wpław, by szukać pomocy, czy został wyrzucony za burtę przez pasażerów. Ósmego dnia zaczęli umierać kolejni, w tym mój brat Emmanuel. Po dwóch tygodniach jeden z pasażerów, rybak, powiedział, że musimy zjeść jedno ciało, by przeżyć. Z nogi i torsu wyciął małe kawałki mięsa i rozdał nam. Były wielkości pastylek i smakowały jak wołowina. Następnego dnia zostaliśmy uratowani przez amerykańskie helikoptery”.

A walka o szalupy? Kiedy 13 stycznia br. tonął wycieczkowiec Costa Concordia, członkowie jego załogi pierwsi ruszyli do walki o miejsce w łodziach. Inni próbowali sprzedawać miejsca w szalupach. Concordia zatonęła blisko brzegu – gdyby katastrofa wydarzyła się na pełnym morzu, sceny na pokładzie zapewne nie różniłyby się bardzo od tych z Gustloffa.

Ocean jest okrutnym żywiołem i perspektywa pochłonięcia na zawsze przez bezkresną morską otchłań wyzwala w ludziach instynkt przeżycia za wszelką cenę. Czy nie dlatego właśnie tonące statki wysyłają sygnał SOS – Save Our Souls – Ratujcie Nasze Dusze?

źródło:focus

Studenckie suchości

konto usunięte2014-01-30, 19:06
Dlaczego studenci humanistyki noszą c🤬jowe swetry?

ukryta treść
bo polo ni styka

Przebierz Jezusa Chrystusa! - gra w internecie

konto usunięte2014-01-30, 9:09
W internecie pojawiła się gra pod tytułem "Przebierz Jezusa!"

Można wybierać różne opcje strojów np. w stylu Star Wars lub Lady Gagi. Oczywiście są osoby niezadowolone z tego pomysłu.

Cytat: W najbliższym czasie będą przygotowane apele do władz państwowych Rosji o rozpoczęcie międzynarodowego dochodzenia w sprawie przestępstwa przeciwko naszemu Zbawicielowi, Jezusowi Chrystusowi i w sprawie obrazy uczuć religijnych chrześcijan całego świata.

źródło: wolna-polska.pl/wiadomosci/zydowskie-zabawki-dzieci-tepych-gojow-2014-01

tip.top napisał/a:


jesusdressup.com/



Nie dałam linka. Pozwoliłam sobie zacytować.







Temat nie ma na celu obrazy uczuć religijnych.
Reszta zdjęć w komentarzu.

Oznaczenia wiekowe materiałów są zgodne z wytycznymi
Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

Oświadczam iż jestem osobą pełnoletnią i wyrażam zgodę na ukrycie oznaczeń wiekowych materiałów zamieszczonych na stronie
Funkcja pobierania filmów jest dostępna w opcji Premium
Usługa Premium wspiera nasz serwis oraz daje dodatkowe benefity m.in.:
- całkowite wyłączenie reklam
- możliwość pobierania filmów z poziomu odtwarzacza
- możliwość pokolorowania nazwy użytkownika
... i wiele innnych!
Zostań użytkownikiem Premium już od 4,17 PLN miesięcznie* * przy zakupie konta Premium na 6 miesięcy. 6,00 PLN przy zakupie na jeden miesiąc.
* wymaga posiadania zarejestrowanego konta w serwisie
 Nie dziękuję, może innym razem